Zaczynając pisać ten tekst zdaję sobie sprawę z faktu, iż zmuszony będę do powielania szeregu obserwacji i doświadczeń związanych z poławianiem klenia przez wszystkich tych wędkarzy, którym łowienie tej ryby nie wynika z przypadku, a jest częścią ich świadomego wędkarstwa. Być może jednak gro moich przemyśleń będzie różne od ogólnie przyjętych, a kto wie, może nawet budzić wątpliwości.

Poproszę, zatem o potraktowanie ich jako formę przekazu bardzo osobistą, a nie, jako przewodnik wędkarski.

Pryncypalnymi łowiskami, gdzie od kilku lat nabieram doświadczeń łowiąc klenie są małe rzeczki Alzacji oraz w mniejszym stopniu Ren. Paradoksem jest, że mój życiowy rekord pochodzi właśnie z Renu i datuje się na początki mojej przygody z kleniem łowionym na spinning. Nie miałem wówczas tylu wiadomości i potrzebnego doświadczenia. Patrząc na 63 cm. kleniucha pokonanego dziełem kompletnego przypadku, nie miałem jeszcze pojęcia, że ten gatunek ryby będzie mottem kolejnych lat mojego wędkarstwa.

W następstwie wielu nieudanych reńskich wypraw zdecydowałem skoncentrować swoją uwagę na małych rzeczkach. Nie dość, że znajdujących się w niemalże bezpośrednim sąsiedztwie mojego zamieszkania, to jeszcze kipiących w cieplejsze pory roku od kleni i nie tylko. L’Ill, Schiffwasser, Blind i wiele innych połączonych ze sobą na obszarze zwanym Ill’ Wald. Łowiska te w zasadniczy sposób różnią się od szeroko rozlanych połaci Renu.

Trudne do obławiania, bardzo zakrzaczone, meandrujące z szeregiem wielu zwolnień nurtu jak i kaskad nadających wodzie szaleńczego uciągu. Taki charakter łowisk wymusił inne zachowania, technikę rzutu, podejście do łowiska a jednocześnie gratyfikował cierpliwość w postaci pięknych okazów klenia dostarczając jednocześnie nowej wiedzy i w konsekwencji ogromnej satysfakcji.

L’Ill

Sukcesy nie przyszły natychmiast jednak w tak rybnej wodzie nie kazały długo czekać. Miejsca oraz sposób podawania przynęty w tutejszych warunkach łowiska nasuwały się samoistnie, chociaż nie wszystko zawdzięczam własnym obserwacjom i metodzie spinningowej. Ogromu wiedzy nabyłem podczas wspólnych wypraw z niestety nieżyjącym już kolegą. Jego koronną metodą było łowienie najprostszą gruntówką. W dość jednak specyficzny sposób, bowiem z marszu. Nigdy nie wyczekiwał godzinami na zbłąkaną rybę a zawsze podążał jej śladem. W taki sposób dowiedziałem się wstępnie o miejscach przebywania ryb. Obiektem największego zainteresowania były, zatem wszelkie zawirowania nurtu jego wsteczne prądy a przede wszystkim letnie kleniowe spiżarnie, nawisy bujnej przybrzeżnej roślinności. Te ostatnie to właściwie stu procentowe miejscówki gdzie przebywają klenie i nie tylko. Moim zdaniem duży letni kleń bywa wygodnicki żeby nie powiedzieć leniwy. W ogromie ilości pokarmu znajdującego się w bezpośrednim sąsiedztwie wybiera tylko kąski, dla których warto jest machnąć ogonową płetwą. Unika bezpośredniego silnego nurtu a wręcz uwielbia być unoszony przez zawirowania wody, które nieustannie plasują go w centrum krążących w wodzie smakołyków. W takie właśnie miejsca najchętniej posyłam woblera bądź wirówkę.

Właśnie w ciepłych okresach roku lubię łowić klenie najbardziej. Jest to z mojej strony również wygodnictwo, bowiem późna jesień i zima nie dość, że wymaga solidnego samozaparcia w poszukiwaniu rozproszonej i schowanej w najgłębszych dołach ryby to do tego lubi kapnąć deszczem i nie rzadko sypnąć śniegiem, których to zwolennikiem nie jestem.

Schnellenbuhl

Sprzęt, którego używam przy kleniowych wyprawach nie należy do wyszukanego ani też drogiego. Jedyne, czego wymagam to solidności zestawu. Niestety na wielu odcinkach moich łowisk muszę liczyć się ze spotkaniem szczupaka. Nie mam oczywiście nic przeciwko tej pięknej rybie jednak wymusza to kolejny raz alternatywy, które osłabiają ilość brań kleni.

Posługuję sie wędkami o długościach 2.40 m do 2.70 m. Krótszy Daiwa exceler to 7-28 cw a dłuższy Berkley 15-40 cw. Tym kijem posługuję się jednak tylko na Renie, tam muszę liczyć się z atakiem właściwie każdego z drapieżników. Kołowrotki w klasie 2500 Daiwy oraz Mitchell Avocet 4000.

W pierwszym okresie swojego wędkowania używałem przeróżnej maści i grubości żyłek, jednak po którymś z sezonów zaglądając do skrzynki z przynętami ze zgrozą skonstatowałem powiew chłodu i pustkę dudniącą gromkim echem. Od tej pory tylko plecionka nawinięta jest na szpulach. Obok niezaprzeczalnej mocy i wszystkim, co się z tym wiąże, dochodzi jeszcze jeden aspekt stosowania plecionki. Żadna żyłka nie zastąpi mi wrażeń, jakich doznaje się przy kopniaku w nadgarstek w momencie uderzenia 50cm klenia.

Używam w zależności od rodzaju łowiska plecionek o grubości od 1.4 do 1.7 i pozostaję wierny jednej firmie Spiderwire, chociaż mam świadomość, iż jest wiele dobrych i cenionych marek na współczesnym rynku. I chyba właśnie to przeraza mnie najbardziej, łatwo pogubić się w tym natarczywym marketingu. Ustaliłem sobie, zatem że lepsze jest wrogiem dobrego i zaprzestałem uciążliwych poszukiwań.

Zdjęcie powyżej to, Schifwasser

Właściwie tylko dwa rodzaje przynęt stosuje do swoich letnich połowów klenia. Woblery oraz wirówki. Woblery tylko pływające bądź powierzchniowe a to ze względu na wymogi łowiska oraz co tu dużo mówić wewnętrzne przekonanie o ich skuteczności. Wirówki to cała gama aczkolwiek przynętą nr1 spośród nich jest Mepps Aglia Long nr.2. Wiele pięknych ryb złowiłem na tę przynętę i często, kiedy zawodziły wszystkie właśnie Aglia ratowała wędkarski wypad. Nazwałem ją na własne potrzeby przynętą ostatniej nadziei.

Dużo czytam i słyszę na temat płochliwości klenia i wymogu niemal akrobatycznych zabiegów by podejść tę rybę. Moim zdaniem są to wiadomości nieco przesadzone. Wydaje mi się, iż kleń nie jest bardziej płochliwy niż pstrąg czy boleń. W każdym z tych przypadków podejście do łowiska powinno być poprzedzone jego wcześniejszym odczytaniem i umiejętnym zajęciem stanowiska.   Dużo większe o ile niepryncypalne znaczenie w skutecznym łowieniu klenia ma sposób podania przynęty i 100% kontrola zestawu.

Kleń, jako ryba o niespożytym apetycie zdecyduje się spróbować wszystkiego, co wpada do wody jednak szybkość, z jaką potrafi połknąć przynętę równa jest szybkości jej wyplucia, jeżeli uzna ją za niejadalną. Dlatego tak ważne jest by zamkniecie kabłąka na kołowrotku następowało w momencie zetknięcia się przynęty z wodą z jednoczesnym usunięciem luzu linki. Takie zachowanie stosuję zawsze, kiedy podaję przynętę w punkt. Znam swoje dołki na tyle, że niekiedy, jeżeli w ciągu kilkunastu sekund od podania przynęty nie nastąpi atak ryby zmieniam stanowisko. Znakomitą większość ryb złowiłem stosując taki rodzaj podawania przynęty.

Innym sposobem jest spławianie woblera, jest to metoda, której ufam mniej, jednak czasami taki jest wymóg łowiska. Mimo iż złowiłem w ten sposób sporo kleni to jednak nie przemawia do mnie takie łowienie. Głównie, dlatego iż znając zachowania kleni mam świadomość, że do spławianego woblera mogło skoczyć już kilka ryb a to uszło mojej uwagi.

Na koniec uwaga, która być może wzbudzi sporo kontrowersji, ale nie sposób by chować moje przemyślenia na temat tej ryby. Myślę, że nawet doświadczony wędkarz łowiąc klenie nie ma kontroli nad zacięciem tej ryby. Moim zdaniem klenie łowimy świadomie tylko do pewnego momentu t.j. od chwili właściwego podania przynęty do momentu, kiedy ryba zdecyduje się na atak. Kleń jest błyskawicą, ale przy tym, jeżeli można użyć takiego określenia totalnym panikarzem. Jego bardzo unerwiony pysk w kontakcie z ostrą kotwicą, której nie jest w stanie wypluć na napiętym zestawie wywołuje błyskawiczną wręcz paniczną ucieczkę. Nie znam przypadku w trakcie kilku lat łowienia bym to ja zadecydował o momencie zacięcia tej ryby.    

Wszystkie brania to potworny kopniak w nadgarstek, nawet, jeżeli ryba nie zapnie się na kotwicy. Oczywiście każde branie odruchowo docinam, ale w przypadku zapiętego już klenia jest to raczej zbędna czynność.

Wielu wędkarzy traktuje klenia jak niechciany przyłów by nie użyć mocniejszych słów. To bardzo niesprawiedliwe, emocji, jakich dostarcza ta ryba nie da się pominąć w wędkarskim rzemiośle. Być może sam hol klenia nie należy do tych z pod znaku oszalałej troci jednak dla tego mocarnego kopa w rękę trzymającą kij pozostanę wierny kleniowym zmaganiom.

Tekst i zdjęcia: Robert @Robert67 Szczepański

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.