Miałem dużo roboty w ten weekend i sam nie wiem, jak wygospodarowałem te dwie godziny, by porzucać. Ale udało się i grubo po 14tej jestem nad wodą. Jeszcze około 10 minut marszu i jestem nad pierwszą bankówką. Średnia głębokość mętnej wody i bliskość wolnego nurtu sprawia, że na bank spodziewam się szczupaków. Wiem, że są małe, ale fajnie walczą jest zabawa.

Nie myliłem się. Szybko łowię 2 sztuki między 45-55 cm. Mam jeszcze dwa brania, ale nie jestem w stanie zaciąć.

– Dobry początek – myślę i zmieniam miejsce. Nie będę ich kłuł w sytuacji jak nie chcą porządnie zaatakować mojego woblera.

Mam nadzieję, że na zimowisku będą żerować ładne klenie. Szybko się tam przenoszę. Praktycznie łowię tylko na Sendala. Nie mam zamiaru zmieniać zwycięskiej przynęty. W sumie nie ma czasu na to. Styczniowy wieczór szybko nadchodzi. Jest szary i do tego mglisty. Temperatura oscyluje w okolicy 2’C, ale mimo przenikliwego zimna ryby dobrze żerują.

Od samego początku zacinam ładne sztuki. W pół godziny łowię 3 ładne klenie 40-48 cm. i biję rekord okonia. Ten piękny garbus ma 42 cm.

40 cm.
50 cm.
48 cm.
42 cm.

Potem staje się coś czego mogłem się spodziewać. Przy większych kleniach moja bambusówka nie daje mi komfortu podczas lądowania ryby. Większe klenie po prostu wjeżdżają mi w trawę. Tym razem było tak samo. Piękny gruby kleń po ostrym holu ładuje mi się w przybrzeżną trawę. Niestety się wypina. Była to największa ryba dnia. Widziałem tego klenia przy brzegu. I śmiało mogę określić na 55+. Na otarcie łez doławiam jeszcze jednego szczupaka i kończę popołudnie.

Było super. Jestem bardzo zadowolony, ale przyszła wyprawa, to już zupełnie inny kaliber wędki.

@Przemek Szymański

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.