Dochodzę do rzeki grubo po 14 czasu lokalnego. Będę tutaj łowił pierwszy raz. Pierwszy raz mino tego, że okazji miałem wiele, ale czasu na rozpoznanie terenu niestety miałem niezbyt wiele.
Mój przemarsz od domu nie trwa długo. To zaledwie 15-20 minut spokojnego marszu wśród typowych angielskich osiedli.
Dochodzę do małego parku, gdzie płynie River Colne i patrzę na rzekę. Woda jest kryształowo czysta. Dawno nie padało, więc to może być jeden z powodów.

Okolica tego odcinka rzeki jest bardzo spokojna. Tutaj prawie w ogóle nie ma hałasu związanego z wypoczynkiem angielskiej społeczności. Mimo sąsiedztwa drogi krajowej łączącej Watford z autostradą stwierdzam, że ten hałas samochodów nie ma większego znaczenia przy ewentualnym żerowaniu legendarnych kleni z tej rzeki.
Co innego jakby ruch był zmianowy i rozpoczynał się o określonych godzinach… W tym przypadku hałas związany z ruchem samochodowych odbywa się całą dobę, więc na pewno klenie są do niego przyzwyczajone.
Tak myślę, tak domniemam. Zobaczymy.
Rozpoczynam od pierwszej miejscówki. Brzegi są trudno dostępne, podmokłe, trzeba kombinować.

Lubię to. Przypomina mi to wreszcie łowienie na Polskich zabagnionych łowiskach Wdy i chaszczach Wisły.
Rzeka na tym odcinku nie jest wielka. Przypomina mi typowy nizinny „siurek”. Ma od 2 metrów do około 10 metrów.
Szerokość jest może mała, ale za to doły i rynny na zewnętrznych łukach rzeki i na przewężeniach są na prawdę imponujące. Wierzę, że tutaj są piękne klenie.
A więc rozpoczynam.
Pierwsza moja miejscówka jest bardzo wąska, ale posiada fają rynnę. Obieram taktykę. Wędruję pod prąd, czyli klasycznie będę zachodził rybę od ogona. Maskuję się przy każdej nadarzającej się okazji. Dobrze, że brzegi są gęsto porośnięte pokrzywami i innym paskudztwem, więc mam dodatkową ochronę mimo zastosowania maskującej odzieży.
Pierwszy rzut. Przynęta to moje nie zawodne Dorado. Uderzenie i mam klenia. Mały, ale to pierwsza ryba złowiona na tej rzece.
Podholowuję delikatnie klonka do brzegu i wyjmuje go z wody. Ma lekko ponad 25 cm. Wypuszczam go delikatnie i przesuwam się kilka metrów. Kolejne rzuty i nie mam kontaktu z rybą.
To na pewno łowisko jednej ryby. Mimo zasobności wody nie ma szans złowić dwóch kleni z jednej miejscówki. Jestem o tym święcie przekonany. Nie w tak czystej, krystalicznej wodzie.
Stoję w chaszczach i czeszę delikatnie wodę różnymi woblerkami. Widzę wreszcie ładnego klenia. Podpływa w rejon łowiska. Został pewnie zwabiony woblerem i ruchem w wodzie.

Mam go idealnie przed sobą i podziwiam go w czystej wodzie. Ma ponad czterdzieści centymetrów i wygląda naprawdę dziko.
Próbuję szczęścia. Kilka rzutów, ale bez efektu. Nie pomagały spławy wobka z nurtem rzeki i zaskoczenie go, nie pomagały naprowadzania przynęty na pysk ryby i start tuż przed kleniowym pyskiem. Dostojnik…
Następna miejscówka.

Tu jest dużo ciężej. Nie dość, że jest potwornie ślisko, bo gliniasty brzeg naprawdę trudno wysycha, gdy jest podtopiony to i krzaki bardzo utrudniają łowienie. Coś za coś. W skradam się w okolice łowiska dwa, trzy metry od wody i próbuję. Trzy metrowy kij może mi tylko pomóc w dzisiejszym łowieniu. Wiem, że łatwo zahaczyć szczytówką o paskudne gałęzie nad głową, ale podejmuję ryzyko.
Dłuższym kijem mogę spokojnie obłowić większy obszar łowiska nie ruszając się z miejsca. Znowu widzę klenia. Chcę trochę podejść do wody, żeby ukryć się za kępą tataraku i w tym momencie prawa noga dostaje poślizgu. Lecę na tyłek i łamię kilka grubszych patyków.
Trzask jest przedni i nie dziwie się, że kleń znika.
A niech to!!!
2 – 0
Wędruję dalej.
Nie zrażam się nie powodzeniami. Niepowodzenia zawsze mnie wzmacniają, a końcowy sukces zawsze jest przyjemny.
Docieram nad kolejną miejscówkę.
Klęczę i obserwuję. Mam polaroidy, więc widzę wszystko. A czasami takie mniemanie, że się widzi wszystko jest mylne. Kleń w sytuacji zagrożenia jak każde stworzenie może przykleić się do dna i nie dawać oznak życia. Tylko nieznaczne ruchy płetw mogą oznaczać jedno. Tutaj jest ryba.
Najpierw obławiam odcinek naprzeciwko siebie. Wykonuje krótkie rzuty lekko w górę rzeki jak i w dół. Wypatruję jednego. Oczekuję wyjścia. Jeśli zaobserwuje się wyjście klenia to połowa sukcesu.
Reszta w Twoich rękach drogi wędkarzu…
Nie widzę wyjścia, więc obławiam dolny odcinek miejscówki. Jak tu jest fajnie głęboko!!!
Naprawdę jestem szczerze zaskoczony głębokością łowiska. Tu musi być coś grubego. Daje sobie połamać kij za moje przekonania!!
Dół miejscówki jest pusty na tą chwilę.
Pozostaje mi góra miejscówki, czyli okolice podtopionego krzaka. Klęczę nad „zielskiem” i próbuję na „Górala”.
Mam wyjście!!! Kleń uderza zdecydowanie po dopłynięciu do powierzchni, ale po chytrym uderzeniu spina się z kotwicy. A niech to.
Kolejne rzuty. Mam. Tym razem kleń jest na pewno dużo mniejszy od poprzednika, ale to typowy trzydziestak, więc mnie satysfakcjonuje.
Klenia podholowuję do brzegu i delikatnie podnoszę na żyłce. Nie mam szans podebrać tutaj ryby ani ręką, ani podbierakiem.
Fotka… I mogę go teraz delikatnie wypuścić. Ładny wojownik.

Dochodzę do krzaka. Okazuje się, że od tego miejsca mogę iść wzdłuż brzegu rzeki. To mnie cieszy, bo mogę przez dłuższy czas łowić z marszu.
Przy samym krzaku znajduje się przewężenie i dość głęboka rynna. Tamtego widoku nie zapomnę chyba nigdy. Po dojściu do tej rynny i wychyleniu głowy z pokrzyw widzę przepiękny widok.

Widzę pięć kleni, które na pewno mierzą ponad pięćdziesiąt centymetrów.
Wykonuję tylko dwa może trzy rzuty. Jeden kleń odprowadza mi woblerka, reszta dostojnie wachluje płetwami i nic sobie z tego nie robi.
Zdradza mnie cień, który pada na wodę od zachodzącego słońca. Klenie znikają. Nie jestem na siebie zły. One tu są! Moje prosiaki…

Podbudowany tym widokiem ruszam dalej o obławiam kolejne miejscówki z marszu.
Nie widzę nic. Nie ma żadnego kontaktu wzrokowego z dużym kleniem. Nie zniechęca mnie to i próbuję dalej. Musi się udać.
Dochodzę do końca tego odcinka i żeby móc dalej łowić to musze się wrócić i pójść górą. Te chaszcze są nie do przejścia.

Staję nad kolejną miejscówką. To wąski, ale dość głęboki przesmyk, bo tak go mogę nazwać. Rzeka w tym miejscu ma może dwa, trzy metry szerokości, dość szybki nizinny nurt i sporą głębokość jak na tą rzekę.
Widzę dwa kleniska!! Są duże, na pewno mają ponad pół metra każdy. Próbuję. Znowu „Góral” w ostrej, szybkiej akcji i stonowanych kolorach.
Nic. Klenie znikają, bo nie mam, jak się schować przed tym cholernym słońcem. Ten cień mnie zabija.
Musiałbym się czołgać, chyba… Kolejna miejscówka.

Fajny zakręt i ładny dół. W polaroidach nie widzę dna. Musi być głęboko. Pierwszy rzut tuż za przeszkodę wodną na samym zakręcie i mam uderzenie. Kij wygięty w pałąk, kołowrotek świszczy …
Mam dzisiaj pecha, chyba… Po sekundzie kleń spada z haka.

Nie ma tu co szukać, więc pędzę za zakręt, gdzie rzeka znowu się przewęża się i tworzy piękną rynnę.
Są tam klenie! Jest ich pięć może sześć w przedziale od czterdziestu do na pewno pięćdziesięciu centymetrów!! Klęczę i obserwuję widowisko. Jak w akwarium. Wszystko widać. Piękne chwile.

Nie wytrzymuję. Rzucam. Wobler trochę za głośno wpadł, a może i dobrze, że tak się stało, bo jeden z kleni podpłynął pod wobka i go obserwuje.

– Co się stanie, jak ruszę szczytówką i wprawię go w kolebanie?? – myślę
Robię to. Tylko go poruszyłem na powierzchni i następuję wyjście jak do pływającego na powierzchni owada. Piekielne uderzenie!! Siedzi!! Kij wygięty w pałąk… Ma wreszcie…
Pech mnie i tym razem nie omija. Kleń jest sprytny i jako Pan swojej miejscówki zachowuje się jak profesor. Wchodzi mi po krótkiej walce w przybrzeżne korzenie.

Nie martwię się tym. Jeszcze tu wrócę. I z większym bagażem doświadczeń zmierzę się z profesorskimi kleniami.
Może tym razem ja wygram. Może …

@Przemek Szymański

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.