Miałem tutaj zawitać już rok temu. Niestety czasami jestem leniwy, a krótki urlop nie do końca potrafię wykorzystać wzorowo. Tym razem jest inaczej. Przemogłem się. Odpuściłem Wisłę właśnie dla Wdy na odcinku Stara Rzeka.

W okolice mostu w Starej Rzece dojeżdżam tuż po szóstej rano. Dzisiaj będzie słonecznie, ale nie upalnie. To dobry zwiastun. Rozkładam sprzęt i idę na most popatrzeć na rzekę z góry. Mam polaroidy, które są nieodmownym wyposażeniem spinningisty na tej rzece. W nich mogę podziwiać roślinność wodną jak i ciekawe rynny i rafy.

– Dość tego – mówię do siebie i schodzę nad rzekę.

Licencję mam wykupioną na wody nizinne. Od mostu w górę rozpoczyna się odcinek górski. Schodzę z mostu nad wodę i robię kilka zdjęć na odcinku górskim tuż powyżej mostu. Potem schodzę za most i rozpoczynam spinningowanie. Rzeka nie jest tutaj tak głęboka. To naturalny odcinek, nie uregulowany posiadający na zakrętach rynny dochodzące do trzech metrów. Na początku każdej rynny kończy się obficie rosnąca roślinność podwodna. W tych i podobnych stanowiskach czuję swoją szansę na klenie.

Nie nastawiam się na szlachetne pstrągi. Lubię klenie, więc powalczę z nimi na Wdzie jak z równym. Woda w rzece jest jak kryształ co w lato jest tylko plusem. Będzie ciężko przy takiej przeźroczystości wody. Przynęta musi być dobrana w sposób perfekcyjny. Tylko na co kleń będzie miał ochotę??

Pierwszy odcinek obławiam metr za metrem. Celem wyprawy jest poznanie podstawowych warunków panujących nad łowiskiem. A jako że każda woda rządzi się swoimi prawami to potrzeba odrobinę czasu, żeby się jej nauczyć. Zaczynam od woblerów Rapali. Model JSR04SD to moja flagówka na wiele wód. Czy tutaj sprawdzi się także?? Czas pokaże.

Ten model Rapali testuję około godziny. Poniżej mostu jest kilka miejsc, które trzeba obłowić takim wobkiem, który przy ostrym zejściu będzie charakteryzował się dobrą ostrą pracą. Jest trochę nawisów, zacienionych miejsc… Tutaj trzeba założyć coś konkretnego. Tutaj łowię małego pstrąga. Wziął na… żabkę Dorado.

Idę dalej. Dochodzę do prostki, która nie wyróżnia się niczym szczególnym. Mam swoje pudło z kleniowymi wabikami, więc popuszczam wodę fantazji i testuję co popadnie. Jest tutaj co prawda kilka miejsc, które mogą obdarzyć rybą, ale to tylko teoretyczne miejscówki. Brak brań to dowód na tą teorię.

Po prostce docieram do zakrętu, na którym rzeka skręca w lewo, by po jakimś czasie skręcić ostro w prawo. Jest tutaj na tyle ciekawiej by zatrzymać się na dłużej i popróbować to co raz dziwniejszych wabików. Próbuję Osy i Pszczoły River2sea, w cenie są Raczki Rebela i Żabka Dorado. Powracam jednak do swojego Jointed’a Shad Rap 04 SD. Kilka rzutów w ciekawym przewężeniu tuż przed zakrętem i mam dwa klenie. Nie są to duże okazy, ale są to pierwsze klenie z tego odcinka rzeki, więc cieszą jak nigdy.

Na drugim brzegu rzeki jest bardzo ciekawie. Napierająca woda wymywa rynnę, a zwaliska odciągają wodę do środka rzeki. Przy drugim brzegu tworzą się, więc cienie prądowe i mini warkocze. Tam musi coś być. Nie ma innej opcji. Te klenie to tylko wstępny dowód na ta tezę.

Potem znowu przechodzę przez łąkową prostkę by zmierzyć się z kolejnym zakrętem.

Na prostce są jednak „dziury” w dnie, które teraz są pozarastane gęsto „zielskiem” prawie, aż po samą powierzchnię. Na wiosnę to były by bankowe miejscówki, takie „czarne konie imprezy”.

Zakręt jest bardzo ciekawy. W bliskiej odległości od brzegu ciągnie się rynna. Jest gęsto usłana kamieniami i głazami, które są czasami przysypane żwirem lub piachem. To nie stwarza nie dogodności, bo dno i tak jest twarde tak ważne przy kleniowych połowach. Przed zakrętem kończy się wachlarz roślinności, więc w gąszczu tuż za nią powinny być klenie lub pstrągi czające się na spływające owady lub inny żywy pokarm. Zapinam Żabkę Dorado. Kilka rzutów po przeciwległy brzeg. Prowadzę przynętę tuż pod powierzchnią wody, czasami przynęta łapie powietrze, czym powinna jeszcze bardziej wabić ryby. Mam piękne wyjście. Ryba jednak nie zapina się. Schodzi po zacięciu. Wrócę tutaj jednak jutro. Chyba się zadłużyłem…

***

Zaczynam o świcie, który dzisiejszego dnia jest bardzo tajemniczy. Tą tajemniczość wzbudza i potęguje mgła, która w połączeniu z dużym zalesieniem brzegów Wdy sprawia, że nie chce się rzucać spinerem. Wędrując do punktu wyjścia obserwuję bacznie wodę w poszukiwaniu sygnałów żerowania wczesno porannych kleni. Schemat łowienia mam opracowany na podstawie wcześniejszej wyprawy, więc szykuję na dzisiaj tylko kilka eksperymentów w postaci kilku przynęt.

Staję nad prostką, na której ostatnio zakończyłem łowienie. Powoli schodzę nad wodę i obserwuję lustro wody. Zapomniałem polaroidów, więc nie mam na dzisiaj moich oczu, tak bardzo ważnych przy połowie kleni w tak czystej rzece. Będę kierował się tylko instynktem. Może to pozwoli na skuteczne połowy. Prostkę obławiam głównie wobkiem Gębskiego przypominającego pstrąga potokowego. Wiem, że to dziwne rozwiązanie w przypadku klenia, ale ciekawa akcja tego woblera sprawiła, że musiałem go przetestować. Okolice brzegu i brzegowych głazów obławiam żabką Dorado. Rzucam wobka w sam środek koryta rzecznego i sprowadzam na napiętej plecionce w okolice głazów. Przynętę ściągam przy powierzchni, żeby co jakiś czas smużyła powierzchnię wody.

Efektów nie ma, więc wędruję w dół rzeki w poszukiwaniu nowych ciekawych miejscówek. Po kilku dziesięciu metrach docieram do delikatnego przewężenia rzeki. Naprzeciwko mnie znajduje się zwalisko, a pod nogami mam nie rynnę, zwykły brzeg usiany głazami. Nurt tutaj przybiera na sile i robi się jednym słowem ciekawie. Zastanawia mnie jedno. Czy przy drugim brzegu, gdzie zwalisko stawia czoła rzece, w małym warkoczu nie czai się kleń. Sprawdzam to żabką Dorado. Spławiam ją z nurtem, delikatnie przytrzymuję…

… znowu pusto.

Potem znowu wchodzę na prostkę lub na teren przypominający mini łuk. Są tam miejsca gwarantujące rybę, ale nie mam brań. Kolejny zakręt. Zauważyłem, że o tej porze roku klenia przyciąga koniec roślinności podwodnej i zdecydowany uskok dna. Jest tam cień prądowy i dobre warunki do ukrycia się.

Dotarłem właśnie nad taka miejscówkę. Bujna roślinność kończy się nagle i zaczyna się dość spora rynna, charakteryzująca się głębokością w okolicach półtora metra. To powinno przyciągnąć klenie.

I przyciąga, ale niestety mimo kilku wyjść kleń zachowywał się dziwnie i przed przynęta zawracał jakby się czegoś przestraszył. Czyżby plecionka go wystraszyła???

Kolejna miejscówka. Tutaj jest naprawdę ciekawie. Po przedarciu się przez las i sporą łąkę przypominającą step dochodzę do odkrytego zakrętu rzeki, który jest bardzo zarośnięty w tym miejscu. Jednak doglądam połacia wody wolnego od roślinności. Kilka rzutów i na żabkę mam branie. Po chwili „trzydziestak” uwieczniony zostaje na zdjęciu.

Pędzę dalej mimo tego, że mam mało czasu, trochę zajęcia w domu i mały brzdąc czeka na tatę…

… mijam duży dom przypominający ośrodek wypoczynkowy lub pensjonat. Widzę kilka drzew rosnących przy samej wodzie. Na „kucakach” podchodzę do wody i posyłam przynętę w „oczka wodne” pod nawisami. Mam kilka pięknych wyjść, ale bez efektów w postaci ryby. Za drzewami rzeka pogłębia się zdecydowanie, nurt przyśpiesza, a roślinność…

… co mogę powiedzieć – jest jej mnóstwo.

Wyszukuje pojedyncze dziury w roślinności i próbuję się wbić w okolice dna. W takich miejscach muszą być większe klenie. Poszukiwania będę musiał przerzucić na inny okres, bo dzisiaj nie mam tyle czasu. W tych miejscach jak te mógłbym przesiedzieć cały dzień.

Po minięciu ostrego zakrętu natykam się na kolejny las. Mam tutaj możliwość przejścia przy brzegu, więc korzystam z tego. Widzę w oddali ciekawe miejsce. Jest nim duże połacie roślinności, która obmywana jest nurtem Wdy. Pod koniec jednak woda odchodzi w stronę mojego brzegu, a tam tworzy się ciekawy obszar spokojnej wody. Widzę oczka na powierzchni po żerowaniu kleni. Zostaję tutaj.

Szkoda, że mam na wyposażeniu tylko włosową plecionkę. W takich sytuacjach przydała by się cieniutka żyłka. Mimo takiej niedogodności oszukuję dwa klenie.

Czas wracać…

***

Kolejna batalia. Nie zapominam polaroidów, kija, kołowrotka, przynęt… Mam wszystko co byłoby przydatne, mam też już dość spore doświadczenie, więc nie będę zapuszczał się dalej niż byłem ostatnio. Postanawiam chodzić po najlepszych dotąd miejscach. Jest ich sporo. Dosłownie kilka rzutów w obranym stanowisku i idę dalej.

Kleń zawsze bierze w ciągu kilku pierwszych rzutów, więc jak po kilku minutach nic się nie będzie działo to nie ma sensu oklepywać wody. Rozpoczynam około dwóch kilometrów w dół poniżej mostu. W dzisiejszym dniu jest dość pochmurno, parno i zapowiada się deszcz. Mam nadzieję, że nie będzie burzy.

Niestety chyba nie mogę liczyć na spokój. Jest weekend, czas wolny, więc i spływy kajakowe cieszą się niesłabnącą sławą. Jakoś muszę się wbić w łowisko i zapomnieć o kajakach. Może już nie długo przestaną pływać?

Zaczyna padać. Jest naprawdę parno. Mimo deszczu nie czuję w ogóle chłodu, tylko ciepło. Mam wrażenie, że jestem w tropikach. Kleń ma chyba dobry dzień. Mam bardzo dużo wyjść. Nie liczę, bo nie starczyło by mi pamięci, ile razy wyszedł i odwrócił się na ogonie tuż przed przynętą. Wcześniej straciłem Żabkę Dorado, więc użyłem Chrząszcza A. Lipińskiego. Odkryłem, że w dzisiejszym dniu jedyną skuteczną przynętą jest właśnie ten chrząszcz, który …

… nie może się poruszać. Tak. Dość ciężko to uzyskać, bo przypomina to metodę muchową, ale są miejscówki, gdzie można spokojnie spuścić wobka z nurtem i liczyć na zacięcie pięknego klenia.

Ale w dzisiejszym dniu jest to prawie nie możliwe. Nie wiem, ile miałem wyjść. 40 może 50?? Sam nie wiem. Ryba tak jak zawsze podpływała szybko by pochwycić przynętę i tuż przednią zawracała w swoje rewiry. Jestem niemal pewny, że to wina plecionki.

Niestety nic tutaj nie wskóram, więc uparcie próbuję szczęścia, które mnie dopada na kolejnej miejscówce. Kleń bierze zdecydowanie i muszę mu odpuścić kilka metrów linki. Potem szybki atak i mam go na brzegu. To mój pierwszy „czterdziestak” z tej rzeki.

***

Ostatnia wyprawa nad Wdę w tym roku. Jest mi smutno, że za kilka dni jadę do siebie i kolejne eksperymenty będę musiał odłożyć na przyszły rok. Wiem jedno…

… w przyszłym roku inaczej rozpocznę, trochę odmienny będę miał sprzęt. To nie znaczy, że zaliczyłem skuchę podczas tych kilku wypraw.

Pierwszy raz w życiu napotkałem rzekę o tak czystej wodzie w okresie letnim. Wymusiło to jeszcze większe środki ostrożności w podchodzeniu ryby. Tutaj nie było już mowy o podchodzeniu ryby od ogona, ale także łowienie ich na odległość maksymalnego rzutu. Nawet gdybym nic tutaj nie złowił to i tak powrócił bym tu z takim utęsknieniem z jakim powracam nad Swoją Wisłę. Bory Tucholskie mają swój urok i w tym regionie idzie się zakochać.

Dzisiaj idę luzacko. Bez ceregieli obieram stanowiska. Kilka rzutów w obranym stanowisku i idę dalej w poszukiwaniu dużego klenia. W pewnym miejscu zauważam grupkę kleni, Są tam spore „czterdziestaki”. Pięknie wyglądają w kryształowej wodzie. Rzucam z przekory Chrząszczem, chociaż nie chciałem tego robić, by nie psuć sobie widoku, ale chęć i wola wędkowania wzięły górę. Tylko przy pierwszym przeciągnięciu mam odprowadzenie ponad kilogramowego kleksa. Kolejne rzuty pozbawiają mnie złudzeń…

… to będzie trudny dzień.

I tak jest w rzeczywistości. Chodzę po najlepszych miejscówkach i nic się nie dzieje. Czasami zaliczam wyjście pojedynczych klonków, ale to nie to co ostatnim razem.

Docieram w okolice pensjonatu. Znowu czołgam się pod znajome drzewo. Jego nisko położone gałęzie dają mi dobre schronienie. Dosłownie pierwsze spuszczenie Chrząszcza i mam niesamowity atak dużego klenia! Ryba szamocze się niesamowicie, a plecionka niestety nie może tak zamortyzować ataku jak zwykły monofil. Nawet miękki kij nie pomógł. Niestety kleń schodzi z haka, a Ja idę dalej przed siebie, gdzie oczy poniosą, a brzeg pozwoli na bezpieczne zejście nad wodę.

Było fajnie.

Do zobaczenia za rok !!!

@Przemek Szymański

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.