Miałem z rana totalnego lenia i jak zwykle wyłączyłem budzik i poszedłem spać. Postanowiłem, że pojadę po południu. O tej porze zawsze jest szansa na konkurencję nad wodą. Mam jednak szczęście i jest pusto.

– Świetna sprawa – myślę i rozkładam sprzęt. Tym razem bambusówkę Argus Arai Tokyo zostawiam w bagażniku i nad wodę biorę 3 metrowy kleniowy kijek specjalnie zrobiony pod grube kluchy od RS Rods. To fajnie uzbrojony węglowy blank IM6 o szybkiej akcji. Ma bardzo duży zapas mocy i przy brzegu zatrzymam każdego klenia. Szkoda, że chłopaki nie budują już wędek. Mieli duży potencjał.

Dzisiaj łowię szybko. Wchodzę od razu w najlepsze miejsca.

– Robię wynik i lecę do domu – myślę sobie.

Jakie było moje zdziwienie jak po godzinie w najlepszych dwóch miejscach, gdzie od początku stycznia notuję świetny wynik nie mam ani brania! Z miną kretyna zmieniam plan i jestem zmuszony szukać niekonwencjonalnych miejsc. Czyli jak tutaj nie ma ryby, to teoretycznie musiała wpłynąć gdzie indziej itp. Rzeczni znawcy wiedzą o co chodzi.

Tak, więc zaczynam dłubanie. Każdy odcinek z ciemnym dnem jest mój. Nawet jak na dużym odcinku wody gdzie dominuje jasne dno są miejsca gdzie robi się ciemno, to wpuszczam nam woblera.

Tak było i na kolejnej miejscówce, gdzie normalnie bym się nie zatrzymał. Małe połacie ciemnej wody. Dookoła jasno. Rzut pod drugi brzeg. Sprowadzam wobka nonszalancko przez rejon i piękne uderzenie. Wiem, że to piękny kleń. Trzyma się w tej ciemnej wodzie dłuższą chwilę. Wyprowadzam go siłą i wtedy się ożywia. Pięknie odjeżdża, ale przy brzegu nie ma szans. Ma 54 cm. i jest naprawdę gruby.

Kolejnego doławiam pół godziny później w podobnej miejscówce. Zanim go skłoniłem do brania psuję dwa brania. Za trzecim razem poprawnie zacinam i skutecznie ląduję. Ten ma 48 cm. Wziął na Sendala.

Do końca już nic się nie dzieje. Fajne popołudnie. Nie zawsze jest łatwo, a w trudnych chwilach dobry wynik cieszy potrójnie.

@Przemek Szymański

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.